Listopad, mżawka, siedem stopni. I co, zostajemy w sali?

0
11
Rate this post

W wielu przedszkolach odpowiedź brzmi: tak, zostajemy. Bo mokro. Bo dzieci się pobrudzą. Bo potem trzeba suszyć dwadzieścia par spodni, a suszarnia jest jedna.

Rozumiem panie z szatni. Naprawdę. Tylko że dziecko, które od października do marca wychodzi na dwór raz w tygodniu, spędza w czterech ścianach około stu dni z rzędu. Sto dni w budynku, w temperaturze dwudziestu dwóch stopni, przy sztucznym świetle, w hałasie odbijającym się od ścian.

Listopad, mżawka, siedem stopni. I co, zostajemy w sali?

Potem odbieramy je o szesnastej i dziwimy się, że jest rozdrażnione i nie chce zasnąć.

Co się dzieje z dzieckiem zamkniętym w środku

Przedszkolak potrzebuje ruchu w sposób, którego dorośli już nie pamiętają. Nie chodzi o „wybieganie się” – to zbyt płytkie ujęcie. Chodzi o cały układ przedsionkowy i proprioceptywny, czyli o zmysły, które mówią dziecku, gdzie jest jego ciało w przestrzeni.

Listopad, mżawka, siedem stopni. I co, zostajemy w sali?

Te zmysły ćwiczy się wspinaniem, huśtaniem, balansowaniem na krawężniku, przeskakiwaniem kałuży, ciągnięciem ciężkiego wiadra z piaskiem. Nie da się ich wytrenować przy stoliku.

Dziecko, które tego nie dostaje, szuka na własną rękę. Wchodzi na parapet, wisi na oparciu krzesła, wpada na kolegów, kręci się w kółko na dywanie. Dorosły nazywa to nadpobudliwością. Częściej to zwykły głód ruchu.

Błoto uczy więcej niż karta pracy

Ola ma pięć lat. W listopadzie znalazła w ogrodzie kałużę, która rano była zamarznięta, a po południu już nie. Przez tydzień sprawdzała ją codziennie, waliła w lód patykiem, mierzyła, gdzie sięga woda. Nikt jej tego nie zadał.

To jest dokładnie ten rodzaj nauki, którego nie da się zorganizować w sali. Pogoda, pory roku, ślady zwierząt, kiełkujące nasiona, ślimak po deszczu – przyroda dostarcza materiału, którego żadna pomoc dydaktyczna nie zastąpi, bo jest prawdziwa i zmienia się sama.

Do tego dochodzi rzecz mniej efektowna, ale ważniejsza dla rodzica: dzieci wychodzące codziennie na dwór po prostu rzadziej chorują zimą i łatwiej zasypiają. Nie dlatego, że hartowanie to magia. Dlatego, że światło dzienne reguluje rytm dobowy, a zmęczenie z ruchu jest inne niż zmęczenie z siedzenia.

„Nie ma złej pogody” – i tu zaczynają się schody

Ta skandynawska formułka ma dalszy ciąg, o którym często się zapomina: jest tylko złe ubranie. I to jest część, którą odpowiada rodzic, nie przedszkole.

Trzy warstwy, nie pięć. Kombinezon przeciwdeszczowy, a nie kurtka „wodoodporna” z metką. Kalosze o numer większe, żeby weszła gruba skarpeta. Zapasowe rzeczy w szafce – dwa komplety, nie jeden, bo jeden pójdzie w pierwszą kałużę przed dziewiątą.

Katarzyna, mama trzyletniej Zuzi: „Kupiłam ten kombinezon przeciwdeszczowy w listopadzie i przez pierwszy miesiąc żałowałam wydanych pieniędzy. W marcu policzyłam, że córka była na dworze codziennie oprócz dwóch dni. Nie chorowała ani razu.”

Dni, kiedy naprawdę nie da się wyjść

Bywają. Wichura, ulewa, minus piętnaście. Wtedy przydaje się plan B, i to taki, który nie polega na włączeniu bajki.

Tor przeszkód z poduszek. Przelewanie wody między dzbankami przy zlewie. Sortowanie guzików. Pieczenie czegokolwiek, choćby to miało trwać godzinę i skończyć się mąką na podłodze. Gotowy zestaw takich pomysłów zebrano w tekście 20 zabaw Montessori na deszczowy dzień – większość wymaga rzeczy, które i tak masz w kuchennej szufladzie.

Ważne jest jedno: dziecko zamknięte w domu potrzebuje zadania, nie rozrywki. Rozrywka je uspokaja na dwadzieścia minut. Zadanie – na godzinę.

Czego pytać, oglądając przedszkole

Kiedy chodzisz po placówkach i słuchasz prezentacji, jedno pytanie oddziela deklaracje od praktyki: ile razy w tygodniu dzieci wychodzą na dwór w listopadzie i w lutym?

Odpowiedź „gdy pogoda pozwala” znaczy zwykle, że nie wychodzą. Odpowiedź „codziennie, mamy suszarnię i prosimy rodziców o kombinezony” znaczy, że wychodzą naprawdę.

Warto też popatrzeć na sam ogród. Czy jest tam coś poza plastikową zjeżdżalnią? Drzewa, krzewy, kawałek ziemi, w którym da się kopać? Dzieci potrzebują terenu, który stawia opór – równa nawierzchnia z gumy jest bezpieczna i nudna.

Dla rodzin z Kątów Wrocławskich i okolic taką opcją jest kameralna placówka w Zabrodziu, półtora kilometra za granicą miasta, w sąsiedztwie parku ze starodrzewiem. Wyjścia odbywają się codziennie, niezależnie od pogody, a od kwietnia do listopada dochodzi do tego edukacja leśna. Szczegóły dojazdu i oferty: https://ziarenko.com.pl/przedszkole-katy-wroclawskie/

Placówka pracuje metodą Montessori w grupach mieszanych wiekowo, po polsku, angielsku i ukraińsku – opis metody i codziennego planu dnia znajdziesz na stronie przedszkola Montessori we Wrocławiu.

Sto dni w budynku to nie jest neutralny wybór. To decyzja, która ma swoją cenę – płaconą wieczorami, przy zasypianiu, i w lutym, przy trzeciej z rzędu infekcji.